Dlaczego powstała Versa.
Większość oliwy dostępnej w Polsce nie powinna być nazywana oliwą. Znalazłem taką, która powinna.
To ja, gdzieś nad morzem.
Na co dzień pracuję w IT. Teams, Excel, Outlook, kalendarz pełen meetingów o meetingach. Idzie mi dobrze, ale zawsze ciągnęło mnie do rzeczy, które można postawić na stole: produkt, za którym stoi prawdziwe miejsce i prawdziwa robota, nie slajd z KPI.
Od czego to się zaczęło.
Widziałem za dużo produktów zrobionych po to, żeby dobrze wyglądały na półce. Za mało takich, w których czuć miejsce i rękę, która je zrobiła.
To nie jest tylko wrażenie. Badania oliw dostępnych w polskich sklepach regularnie wykazują rozbieżności między tym, co obiecuje etykieta, a tym, co siedzi w butelce.
Versa powstała z tej frustracji. Chciałem oliwy, której pochodzenie, smak i parametry są po prostu jasne.
Jak trafiłem do Kalabrii.
Szukałem źródła, nie katalogu z pośrednikami. Z polecenia taty jednego z moich najlepszych przyjaciół trafiłem do małego gaju niedaleko Soverato, na jońskim wybrzeżu Kalabrii. Stare drzewa, ręczny zbiór, zero marketingu.
Nie wiem, jak ten pies ma na imię. Ale wybrał właściwe drzewo.
Spróbowałem i przestałem szukać.
Dlaczego właśnie ta oliwa.
Powstaje z jednej odmiany, Geracese, dojrzewającej nad Morzem Jońskim. Słońce, wapienne gleby i bryza od morza robią z nią coś, co czuć od pierwszej łyżki.
Zbiór ręczny, tłoczenie na zimno cztery godziny od drzewa, bez dodatku wody. W nosie świeża trawa i zielony pomidor, na finiszu pieprzność, która szczypie w gardle.
Liczby mówią to samo: 413 mg/kg polifenoli, 0,21% kwasowości. To nie obietnica z etykiety, to wynik badania każdej partii.
Z tych oliw, które chce się próbować z samej kromki chleba.
Projekt, który dojrzewał.
Było dużo iteracji: logo, etykieta, proporcje, puszka. Kilka wersji wyglądało dobrze na ekranie i źle na stole. Zależało mi, żeby całość była jak sama oliwa: prosta, konkretna, bez nadmiaru.
Wersje, które odpadły. Słusznie.
Ostatecznie wybrałem metalową puszkę, bo ma sens: odcina światło, trzyma świeżość, dobrze znosi transport. A że przy okazji wyróżnia się na półce jak żaden inny produkt, nie będę udawał, że to przypadek.
Finalna wersja. Ta właściwa.
Jak się rozeszła.
Najpierw znajomi. Potem ich znajomi. Potem pierwsza restauracja. Bez programu poleceń i bez budżetu na reklamę. Po prostu oliwa, którą podaje się dalej.
W którymś momencie ktoś wrzucił puszkę na TikToka i zrobił się z tego mały viral. Miło. Ale prawdziwy test jest przy stole, nie w telefonie.
Kto tu trafia.
Ludzie, którzy gotują dla bliskich i widzą różnicę między oliwą do sałatki a taką, dla której kroi się chleb. Czasem trafiają przez czyjeś story, czasem z polecenia przy stole.
Jeśli czytasz to, bo ktoś ci polecił Versa, to wiesz już, jak to działa. Następna osoba usłyszy o niej od ciebie.
To tyle historii. Reszta smakuje lepiej, niż się opowiada.
Wezmę tę puszkę